środa, 15 marca 2023

Avery / siedem

    Faktycznie, gdyby Avery zdecydował się teraz stanąć przy rogu zimowego ogrodu, przy masywnej, kamiennej futrynie i odwrócić przez ramię, zobaczyłby, jak Śmierciożercy wymieniali pozorne uprzejmości, ukrywając się za czarnymi, skórzanymi maskami, które idealnie przylegały do ich twarzy. Może zauważyłby nawet groźnie ściągnięte rysy twarzy i niebezpieczne uśmieszki na ich twarzach. Ale nie chciał się odwracać, bo nie chciał ani na moment odwracać wzroku z twarzy, którą miał przed sobą.

    Ostatnie lata zmieniły ich wszystkich.

    Zaostrzająca się sytuacja w świecie czarodziejów i widoczne widmo wojny bliżej niż na horyzoncie - tuż nad ich głowami - miała zmienić ich wszystkich. Były, są i będą ofiary śmiertelne w imię idei grupy ludzi takich jak on, Avery Evans. Ludzi, którzy mieli określoną wizję świata i zamierzali poświęcić swoje życie w imię tej sprawy.

    Ale spojrzenie jasno niebieskich tęczówek utkwione było w twarzy Lilianne, śledziło każdy najmniejszy grymas, zapamiętywało każdy detal, pochłaniało wszystko zachłannie, jakby ich czas był policzony. Bo w całej szczerości taki właśnie był. Ta ukradziona losowi chwila nie miała trwać wiecznie. A Avery wiedział, że igranie z ogniem w ich sytuacji mogło mieć śmiertelnie niebezpieczne skutki. I nawet wiedząc to wszystko, mężczyzna i tak trzymał blondynkę za nadgarstek, kradnąc tych kilka chwil dla własnej przyjemności. Narażał ich obojga, ale egoistycznie wcale go to nie interesowało.

    Może wmawiał sobie, że w razie czego uda mu się ją ochronić.

    Jego spojrzenie powędrowało niżej, z twarzy i włosów okalających jej ramiona na odsłonięte partie obojczyków, materiał sukienki, figurę ukrytą pod tym materiałem. Słowa Anny zadziałały na niego jak płachta na byka. Nie potrzebował więcej zachęty.

    — Moglibyśmy — odpowiedział bez zastanowienia podnosząc znowu wzrok na jej oczy, ale po chwili pełnej napięcia ciszy, również zniżając głos niemal do szeptu. Obawiał się, że jeśli będzie mówił zbyt szybko, to jego głos zdradzi emocje, które buzowały w żyłach pod jego skórą. Przyszedł tutaj, żeby się z nią spotkać i byłby głupcem, gdyby się nie umiał do tego przed samym sobą przyznać.

    Podniósł drugą dłoń i umieścił ją na wolnym nadgarstku kobiety, po czym przesunął powoli swoje chłodne ręce w górę, wzdłuż jej ramion, aż zatrzymał się na ich załamaniu. Jednym ruchem odwrócił ją na pięcie i skierował w głąb zimowego ogrodu, idąc obok niej, a czarna szata furkotała w powietrzu razem z długim tiulem jej sukni. W szklanej ścianie tworzącej ogród, która załamywała się w połowie swojej długości w dach i opierała o kamienną fasadę willi, w ciemnym kącie pomieszczenia znajdowały się drzwi prowadzące na zewnątrz. Avery przeszedł przodem, włożył dużo siły i naparł na nie, aż w końcu puściły pod naciskiem jego ciała. Pochylił się, wychodząc przez niskie przejście i zatrzymał się na zewnątrz, w tylnym ogrodzie. Od razu przejął go chłodny powiew wiatru. Wewnątrz willi było ciepło, otaczała ich przytulna atmosfera bogatego domu. Na zewnątrz jednak klimat był zupełnie inny. Wiał ostry, przeszywający wiatr, który niósł ze sobą zimę. Avery odwrócił się, żeby zobaczyć jak Lilianne wychodzi za nim.

    Nie dał jej nawet chwili na zadanie pytania - jeśli w ogóle zamierzała pytać. Mocno złapał ją za ramię i zwinnym gestem wyciągnął różdżkę.

    Zamienili się w pędzącą z nieludzką prędkością kolumnę czarnego dymu, omen zniszczenia i śmierci. Krótko szybowali na wysokości wystarczającej, żeby noc ukryła ich przed niepożądanym spojrzeniem. Kiedy ponownie poczuli grunt pod nogami, znajdowali się już w odnodze ruchliwej ulicy Londynu, pomiędzy ciasno wybudowanymi budynkami zamykającymi się nad ich głowami i ukrywającymi niebo rozświetlone pomarańczową łuną.

    — Tutaj na pewno nikt nas nie będzie niepokoił, Pani… — Avery odwrócił się i spojrzał koso na blondynkę. — Jak powinienem właściwie Panią nazywać? — zapytał, powoli cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.

    Noc była chłodna, nawet w ruchliwym mieście, dlatego ściągnął swój płaszcz z ramion i nonszalanckim gestem zarzucił go na wąskie ramiona Lilianne, zostając przy tym blisko niej na odrobinę zbyt długo, żeby można to było uznać za przypadek.


niedziela, 12 marca 2023

Anna / sześć

      Od czasu swojego ślubu, niejednokrotnie brała udział w podobnych wydarzeniach, stroiła się i odgrywała rolę dobrej żony, chociaż chyba lepiej byłoby powiedzieć, że po prostu była tu ozdobą, czasem wręcz egzotyczną, wśród tak brytyjskiego towarzystwa jej akcent wyróżniał się przy każdej wypowiedzi. Nie, żeby odezwała się często... rozmowy z innymi żonami ją nużyły i chyba nie pamiętała już, jak to było, cieszyć się z bankietów i bali. Kiedy próbowała wracać pamięcią do tych, ze szkolnych lat, wydawało jej się, że odkopuje z tyłu głowy cudze wspomnienia. Kiedyś śmiała się głośno i w mało skromny sposób cieszyła z uwagi, jaką udało jej się zyskać. Miała też przy sobie przyjaciół... tych nigdy nie było wielu, ale nawet jedna bliska osoba potrafiła sprawić, że czuła się szczęśliwą. Teraz natomiast... w gąszczu kurtuazyjnych komplementów, czuła się samotnie. Jakby wrzucono ją w środowisko, w którym nigdy nie mogłaby rozkwitnąć... po prostu więc wegetowała, straciła kolory, energię, zmizerniała, ale jakoś żyła. Dla kogoś kto nie znał jej z przeszłości, pewnie nic w jej wyglądzie nie wydawało się podejrzane, ale ona sama, patrząc w lustro, po prostu wiedziała. 
     Łatwiej było znosić jej nowe realia życia, kiedy nie próbowała usilnie szukać połączenia z tymi starymi - tak właśnie sobie wmawiała, a mimo to, wbrew własnym zasadom, chciała zrobić wszystko, by go spotkać. Zamienić parę zdań, odnaleźć coś, co został pogrzebane. W głowie miała więc wiele oczekiwań, emocji, nadziei, ale w swojej postawie nie chciała ich jeszcze zdradzać. Gdyby ktoś zobaczył ją z tym wszystkim, co czuła, wypisanym na twarzy, na pewno uznałby to za godne zainteresowania. A ich spotkaniem nikt nie powinien się interesować. 
     Niełatwo było powtrzymać się od chłonięcia wzrokiem każdego milimetra jego sylwetki, mogła się spodziewać, że właśnie tak będzie. Wydawał jej się teraz nawet mroczniejszy, niż w czasach szkolnych, ale jego chłodne w barwie oczy zawsze działały na nią uspakajająco. To przynajmniej nie zmieniło się z biegiem czasu. Być może nawet ten fakt sprawił, że opuściła gardę na tyle, by nie zapanować nad grymasem, który przyozdobił jej twarz na ułamek sekundy, w chwili, w której nazwał ją nazwiskiem męża. 
     - Być może... ostatnio męczą mnie jedynie koszmary - mruknęła w odpowiedzi, starając się zagłuszyć jakoś bicie serca, które teraz dudniło jej w uszach. Nim nawet zaplanowała jakiś ruch, Avery sięgnął po jej rękę, a ona mu jej nie wyrwała, nie planowała nawet, chociaż tak nieodpowiednie zachowanie powinno spotkać się z protestem z jej strony. Za bardzo jednak chciała, aby ją trzymał, jakkolwiek, byleby nie puszczał. Tak dawno nie dotykał jej nikt, kogo dotyku by sobie życzyła. Jej skóra nie przywykła do dreszczy innych, niż te z obrzydzenia, więc teraz przeżywała ten niewielki kontakt fizyczny nawet dotkliwiej, niż wypadało. 
     - Mój mąż żywo dyskutuje o interesach z panem Malfoyem. Minie nieco czasu, nim będzie mnie szukał i na pewno nie zacznie od ogrodu - tym razem to ona pozwoliła sobie na szept, a same te słowa sprawiły, że adrenalina popłynęła jej żyłami. Nie robili tak naprawę nic, a ona już wiedziała, że łamie pewne zasady. Zawsze tak na nią działał. To jedno się nie zmieniło. Przy nim zapominała o tym, co powinna, a czego nie powinna, poddawała się jego pragnieniom i sama pozwalała sobie na własne. Powinna być na niego zła, a przynajmniej tak głosiły resztki jej starego jestestwa, dumne i pełne buty. Powinna wyrzucić mu, że na niego czekała, a on się nie zjawiał. Teraz jednak po prostu patrzyła na niego tak, jak patrzeć może na światło osoba, którą po latach wypuszczono z ciemności. Trochę przerażał ją ten widok, ale wiedziała, że to właśnie o nim marzyła tak długi czas. 
      - Może moglibyśmy na moment zniknąć? - potrzebowała chwili, by zrozumieć, że naprawdę wypowiedziała te słowa na głos, że pozwoliła sobie na nie. Były jednak jak jakaś siła, która zburzyła w niej pierwszy z murów, którymi musiała się otoczyć, mieszkając w Wielkiej Brytanii.  

niedziela, 5 marca 2023

Avery / pięć

Widział, że lawiruje pomiędzy gośćmi, obserwował ukradkiem, oparty o zimny kamienny mur, jak podąża za Narcyzą, jak kiwa głową i niewidzącym spojrzeniem czasem ucieka w dal, jakby była w stanie zobaczyć coś, co było ukryte przed innymi gośćmi balu. Patrzył, jak manewruje pomiędzy ludźmi, jak nigdzie nie zostaje na dłużej, nigdy nie wtrąca żadnej bystrej, cynicznej uwagi pomiędzy słowa rozmówców. Zapatrzył się na to, kim się stała. Miał wrażenie, że uciekło z niej życie, że coś przeciekło przez palce i że nie jest to już ta sama osoba, chociaż nadal odziana w znajomą skorupę. Mrużył oczy, z półcienia ogrodu starając się przeszyć oślepiającą jasność wnętrza sali bankietowej. Kiedy Avery zorientował się, gdzie Lilianne zmierza miał jeszcze wystarczająco dużo czasu, żeby zniknąć niezauważonym, żeby wyślizgnąć się ze szponów tego spotkania. I powinien był to zrobić, ale ta chora cząstka jego, której nigdy nie udało mu się uleczyć od momentu opuszczenia szkoły w Ameryce i która była tak silnie zakrzewiona w jego sercu uniemożliwiła mu ruch. Stał po prostu w miejscu, wsunął tylko dłoń do wewnętrznej kieszeni kamizelki w poszukiwaniu paczki papierosów. Miał pół minuty, żeby się przygotować. Pół minuty rozciągnięte w wieczność nie wystarczyłoby, żeby to zrobić, Avery miał pewność. Mężczyzna śrubował jasnowłosą wzrokiem, już nie ukrywając się z tym wcale, już nie patrząc spod półprzymkniętych powiek. Ale Pani Carrow - jak teraz wypadało się odnosić do byłej uczennicy - najwyraźniej tak zatraciła się w swoich myślach, że wcale go nie dostrzegła, że spojrzenie nie przeszyło jej dziury w klatce piersiowej i nie wypaliło się na ubraniu. Lilianne wyglądała prawie tak samo, jak wcześniej - wydoroślała jednak, okrąglejsza niegdyś twarz teraz nabrała wyrazistych kształtów, włosy miała ułożone starannie, na londyńską modłę. Była smukła, olśniewająca i tylko oczy były zupełnie inne, tylko spojrzenie zdradzało, że nastąpiła jakaś zmiana. Avery nie śmiał zgadywać, jaka była to zmiana. Kiedy jej spojrzenie w końcu zatrzymało się na jego twarzy, czas zamarzł. A mimo tego temperatura jego ciała skoczyła niemożliwie do góry. Kobieta, która patrzyła na niego i która odezwała się po chwili zawachania była kimś, kogo Avery kiedyś znał. Kimś, kogo stracił i kogo nie umiał odzyskać. Nie chciał? Zebrał się na siły, aby coś powiedzieć, chociaż nie ruszył się nawet o milimetr. Jak dobrze byłoby stopić się teraz z cieniem, stać się biernym obserwatorem, nie walczyć z czymś co tak szalenie biło w piersi, co przypominało o straconych nocach i chłodnych porankach. — Pani również budzi pewne wspomnienia — powiedział powoli, ledwo podnosząc ton głosu ponad szept. Gdyby nie znajdowali się w tym ogrodzie, to słowa z pewnością zostałyby strawione przez hałas rozmów i tańców z sali obok. — Pani Carrow — dodał po chwili namysłu i wyciągnął dłoń, chociaż etykieta nakazywała, żeby to kobieta pierwsza uczyniła ten gest w stosunku do mężczyzny, z którym się witała. — Może kiedyś oboje śniliśmy wspólny sen. Avery nie miał ani krztyny cierpliwości, żeby czekać. Pochylił się do przodu i chwycił jej dłoń, oplótł palce dookoła jej nadgarstka. Nie miał przecież prawa tego robić, stało to w sprzeczności z jakimkolwiek wyrazem grzeczności. W dodatku nie był wcale delikatny. Nie był przecież dżentelmenem. — Przyszła pani już odpocząć od zgiełku sali balowej? Nie będzie pani poszukiwana, kiedy nieobecność zostanie zauważona, a prawdopodobnie zauważona zostanie niedługo? Jego serce biło jak szalone, tętno ani na moment nie zwalniało swojego pędu. Było tak, jakby Lilianne była zupełnie inną osobą od tej, którą zostawił za oceanem, inną nawet niż ta z przelotnego spotkania w zamku nad klifem, o który rozbijały się wściekłe fale. W tamtej kobiecie była siła i chęć walki - w tej widział poddanie i zgodę na to, co robił z nią los. Może nie miał prawa jej tego robić. Pewnie nie powinien starać się wzbudzić w niej złości, tym bardziej czułości, żadnego niepożądanego pragnienia. A jednak, bardzo chciał właśnie to zrobić. Cokolwiek było lepsze od tej dziwnej obojętności, która obejmowała ciało kobiety niczym miękki płaszcz od momentu, w którym dzisiaj położył na niej swoje spojrzenie. Nie oderwał spojrzenia od jej oczu. Nie potrafił. Niech Bóg, jeśli istnieje, mu przebaczy - tak bardzo chciał ją teraz pocałować, przywrzeć do ściany, przycisnąć do siebie. Może oboje mogli stać się po prostu cieniem?


poniedziałek, 14 listopada 2022

Anna / cztery

 

Przyjęcia takie, jak to stanowiły dla niej środowisko znane, praktycznie te same, w którym się wychowała, a mimo  to, tutaj, na Brytyjskiej ziemi wszystko było inne, tak boleśnie nie jej. Mogła przez cały wieczór przyglądać się zaproszonym gościom, a i tak nie znalazłaby wśród nich żadnego przyjaznej twarzy. Tęskniła za Ameryką… nigdy nie uważała siebie za wielką patriotkę, ale opuściwszy rodzinne ziemie, zrozumiała jak bardzo była z nimi zżyta. A może nie chodziło jedynie o inny kontynent, a właśnie o towarzystwo? Tyle lat przekonywała siebie i wszystkich wokół, że woli być anonimowa, niż rozpoznawalna przez wzgląd na ojca, ale tutaj zaczynało jej to doskwierać… to, że jej największą zasługą był fakt, że była żoną Patricka Carrowa. Ten chętnie się chwalił, dlatego powitaniom nie było końca, a te najważniejsze, bo z gospodarzami spotkania, miały dopiero nadejść.

– Obawialiśmy się, że już do nas nie dołączycie – zabrzmiał głos Malfoya, gdy tylko jasnym stało się, że państwo Carrow kierują do nich swe kroki.

– Wybacz Luciusie, wiesz ile czasu na przygotowania potrzeba kobietom – odparł, łapiąc za dłoń przyjaciela, drugą układając na jego ramieniu. Jeśli zaś chodzi o Lilianne, niezainteresowana kompletnie tą, ani żadną inną rozmową, skinęła na powitanie gospodarzom i nic od siebie nie dodała.

– Będę miał do ciebie drobny interes – dopiero na te słowa, wzrok Anny ponownie zatrzymał się na jasnowłosym mężczyźnie. Ten chyba to dostrzegł, sam zaraz spoglądając na swoją żonę, która dumnie prezentowała się w eleganckiej, czarnej sukni, dopasowanej do jej sylwetki. – Najdroższa, może przejdziecie z panią Carrow do reszty gości? Każdemu przydałoby się odpowiednie powitania – ta propozycja, propozycją była jedynie z nazwy, a chociaż krnąbrne lata Lilianne miała już za sobą, zawsze w takich chwilach interesowało ją, co też rozgrywa się za jej plecami. Już na pewno o wiele bardziej, niż rozprawianie o przygotowaniach do balu z Narcyzą i witanie jej gości. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, przeprosiła, tłumacząc, że pójdzie się przewietrzyć. Stary i sprawdzony sposób, by wydrzeć dla siebie parę chwil wytchnienia, działał niezawodnie za każdym razem, tak długo, aż nikt jej nie znalazł, a bal maskowy sprzyjał temu, by być niezauważoną.

Ogród zimowy miał być celem jej ucieczki, chociaż nie zastanawiała się nad tym zbyt długo, zwyczajnie był na tyle blisko, by szybko mogła zostać względnie sama – w końcu na tym etapie przyjęcia goście woleli kotłować się przy wejściu, by nadejście najważniejszych osobistości im nie umknęło. To akurat nie zmieniło się w niej od najmłodszych lat – nie ceniła wcale tych postawionych wysoko, nie zaskarbili sobie oni jej przychylności i zainteresowania jedynie ze względu na tytuły. Minister Magii nie był więc dla niej kimś, kogo mogłaby wyczekiwać, bo cóż spotkanie z tym człowiekiem miałoby zmienić w jej marnym życiu? Niewiele. Cenniejsze były więc te momenty, gdy mogła przez moment zapomnieć o mężu i wszystkim innym, skupić się tylko na sobie. Bo chociaż wcześniej szukała między twarzami tej jednej, którą pragnęła ujrzeć, pojawiwszy się w ogrodzie, całkiem o tym zapomniała. Opuściła gardę i dlatego też, wyłapując tak znajomą sylwetkę, nie potrafiła powstrzymać uderzenia całej mieszaniny emocji, które sparaliżowały ją na kilka uderzeń serca. Potem natomiast…

– Znów się spotykamy – nie wiedziała co powiedzieć, ale przecież pewna była tego, kto przed nią stoi. Poznałaby go zawsze, nawet gdyby nie maska, a jakiś ciemny worek zasłaniał mu twarz. Coś w jej głowie przyciągało ją do tego człowieka na długo przed tym, gdy pozwoliła sobie to zaakceptować. Mimo to były jakieś obawy, stres, absurdalny lęk wywołujący dreszcze w dole kręgosłupa. Bo co jeśli jednak się pomyliła? Była zbyt zuchwała, zbyt pewna. – Chyba, że pomyliłam z kimś pana – dodała więc po chwili, nie spuszczając wzroku z niebieskich oczu bijących spod maski. Tych oczu, do których rościła sobie niegdyś prawo. – Przypomina pan pewne wspomnienie… chociaż teraz nie wiem, czy sama go już sobie nie wymyśliłam – kącik ust drgnął jej lekko, ale na próżno było szukać w tym geście wesołości. W zasadzie.. uderzyła w nią jakaś niemoc. Oto znów przed nią stanął, był tak blisko, a jednocześnie… wciąż pozostawał daleko poza jej zasięgiem.  

czwartek, 10 listopada 2022

Avery / trzy

        Najsprawniejsi w dziedzinie węszenia autorytetu i możliwości podlizania się komuś ważnemu w lot spostrzegli, że Evans nie jest osobą, przez kontakt z którą mogą zyskać coś znaczącego. Wrócili do swoich rozmów, do swoich intryg, do knucia za plecami i do walki o pozycję. Spojrzenia wygłodzonych hien kierowały się na drzwi wejściowe, gdy te tylko chociaż ledwie skrzypnęły. Avery też brał udział w tej maskaradzie, przechodząc powoli z holu do sali z bufetem, aż do kolejnej i kolejnej. Jasne, ciepłe światło sączyło się z magicznych płomieni usytuowanych w czarach na ścianie przy każdej kolumnie dzielącej pomieszczenie na segmenty. Cichy pomruk muzyki docierał do każdego zakamarka przestronnej willi.
        Gospodarz nieco dalej, po prawej stronie Averego właśnie witał się płytkim, zgrabnym ukłonem z którymś ze swoich - zapewne - bardziej znaczących gości. Pomiędzy mężczyznami, Malfoyem i Evansem, wystarczyło zaledwie lotne spojrzenie, które przecięło się na ułamek sekundy, aby zdać pierwszy raport z wieczornej misji. Avery skinął ledwo widocznie głową. Nie zatrzymał się w ruchu, krążył po sali trzymając się blisko ścian, naturalnie wtapiając się w otoczenie. Dopiero, kiedy zatrzymał się na moment w łuku prowadzącym do ogrodu zimowego pierwszej hienie udało się go złapać.
        — Nott — stwierdził chłodno, skinąwszy głową. Avery nie był święty, ale bliskość tego mężczyzny sprawiała, że chciał odstąpić o krok na bok, zupełnie jakby to spotkanie miało czymś go zarazić.
        — I jak?— odparł raptownie, w miejsce powitanie. — Podobno sam Minister Magii ma zjawić się tu niedługo.
        Śmierciożerca zmrużył oczy.
        Zimowy ogród w willi Malfoyów przypominał mu nieco szklarnię w zachodniej części zamku, w której czasem przesiadywał wiosną, tak wiele, wiele lat temu. Kwiaty utrzymywane bez wątpienia przy życiu magią przypominały o przeszłości, o innym życiu, o władzy, o którą nie musiał walczyć, której strzępów nikomu nie musiał wyrywać z martwych rąk. Niebezpieczna to była myśl, ale w tym momencie tak klarownie uderzająca: na służbie Czarnego Pana nikt nie wygrywa. Jedynie cel pozostaje niezmienny. Droga zaś do niego kręta, niebezpieczna, wąska. Jeden krok, aby spaść w przepaść. Evans był tym szczęśliwcem, nie na tyle ważnym, żeby z jego porażki zrobić śmiertelny przykład dla innych śmierciożerców. Zasłużył sobie na wygnanie, a to zaowocowało w coś niespodziewanego. Takiego, jak ten kwiat w pełni kwitnienia u progu surowej, angielskiej zimy.
        — Ach, tak? Jakie masz w związku z tym plany na koniec wieczoru? Będziesz lizał buty, Nott? Myślisz, że dadzą ci pocałować pierścień? Nie przelicz się przypadkiem, bo przypadki mają surowe konsekwencje.
        Nott syknął ostrzegająco przez zęby, pochylił się nieco w kierunku rozmówcy. Nie ściągał z niego spojrzenia.
        — Gówno wiesz, Evans — warknął, a jego oczy ukryte w cieniu błyszczały jak dwa czarne diamenty. — Jedna akcja i zaczynasz szczekać? Nie za szybko wróciłeś z tej Ameryki? Tam pewnie zapomniałeś, jak żyje się tutaj, w Anglii, co? — Nott wyprostował się, ale brzydki wyraz nie zniknął z jego twarzy, skrzywione usta tylko jeszcze bardziej się pogłębiły w swoim wyrazie. — Lucjusz rozmawia z Partickiem — zaczął ponownie.
        I mówił coś jeszcze więcej, bo Avery widział, jak jego usta poruszają się szybko, i myślał, że powinien słyszeć ciche, miękkie słowa, ale nic do niego już nie docierało. Nagła informacja wstrząsnęła nim do samego wnętrza. Gapił się na twarz rozmówcy, nie zastanawiając się, czy to jego pora na odparcie ataku. Mężczyzna powoli przeniósł spojrzenie na środek sali, w miejsce, które przed niedługą chwilą omiótł nieuważnym spojrzeniem. Wnętrze stało się nagle nienaturalnie jasne dla jego oczu przyzwyczajonych do lepkiego półmroku ogrodu.
        Coś dziwnego działo się z jego ciałem, coś niezrozumiałego. Wytężał spojrzenie, jakby próbował przebić się przez niewidzialną barierę. Aksamitny materiał maski drażnił jego skórę na skroniach i policzkach, każdy szmer wydawał się być potężną lawiną dźwięku. I nagle całe otoczenie ruszyło z kopyta, znowu znalazło się w ruchu, znowu Nott stał obok, patrząc się dziwnie, podążając za spojrzeniem Avery’ego.
        — Przyszli? Zamieszanie przy drzwiach… — zaczął jego towarzysz, ale nie skończył, bo ruszył w kierunku , w którym oboje patrzyli.
        Avery nie miał wątpliwości, nawet przez chwilę, że to była ona.
        Wyglądała zupełnie inaczej, była inną osobą niż tą dziewczyną, która spędziła noc w jego gabinecie, która walczyła o każdy fragment swojej suwerenności. Sposób, w jaki przechylała głowę wcale się nie zmienił. Jak wyciągała rękę, jak dygnęła lekko.
        Łudził się, że jej widok go nie poruszy.
        Okłamywał się.
        Chciał ruszyć w jej stronę, ale instynkt okazał się silniejszy niż ta beztroska swoboda, która mogła wpakować ich oboje w problemy. Cofnął się o krok, oparł plecami o zimny mur, który dzielił salę z gośćmi i zimowy ogród. Słyszał, że zamieszanie u wejścia do willi narasta i spodziewał się, że Nott miał rację. Być może faktycznie Minister Magii zdecydował się zaszczycić ich swoj

poniedziałek, 7 listopada 2022

Anna /dwa

Trzy długie lata spędziła w Wielkiej Brytanii, wyobrażając sobie, jak jej życie mogłoby wyglądać, gdyby nikt nigdy nie decydował za nią. Bezustannie wracała myślami do przeszłości, bo i teraźniejszość nieszczególnie ją interesowała, a raczej łatwiej jej było, gdy wmawiała sobie, że ta wcale jej nie dotyczy. Dni mijały różnie, czasem ciągnąc się w nieskończoność, gdy trwać musiała u boku Patricka, a czasem melancholijnie, gdy mąż opuszczał ich posiadłość i mogła bez zahamowani skupiać się na sobie, albo raczej na swojej samotności. Starała się nie tracić ducha, przynajmniej z początku, jednak gdzieś po drodze ten po prostu zaczął zanikać, wraz z miesiącami, które uświadamiały jej, że to już się nie zmieni, że nikt nigdy po nią nie przybędzie, a ona przegrała walkę o samą siebie. Jeśli zaś sądziła, że spotkanie Averego Evansa wniesie do jej życia powiew zgubnej nadziei, to się myliła. Wciąż pamiętała, jak nie tak dawno gościł wraz z innymi śmierciożercami u jej męża, jak był na wyciągnięcie ręki, której żadne z nich ostatecznie nie wyciągnęło. Nie, to nie nadzieję, a przygnębienie wprowadził do jej życia. Zawód, ale i gorycz, gdy zrozumiała, że liczyła na cud, w świecie, w którym rządzą koszmary. Była naiwna… mogła cały czas wmawiać sobie, że już z tego wyrosła, ale wciąć, bezustannie pojawiały się sytuacje, które wyprowadzały ją z błędu.

Bal miał być właśnie kolejną z takich sytuacji. Nie jej pierwszy i nie ostatni, ale na pewno ten jeden raz jej myśli stanowczo za często uciekały w kierunku listy gości. Czy go tam spotka? Chciałaby zapytać, ale nie miała kogo. Mąż zapytany o jakiegokolwiek innego mężczyznę wpadał w szał, nie kryjąc tego, jak zazdrosnym i zaborczym był typem człowieka. Brzydziła się każdego cala, który budował jego z pozoru ludzką powłokę. Nocami próbowała odsuwać się jak najdalej, ale jego łapska były wszędzie, jakby przeczuwał, że z chęcią by mu się z nich wyślizgnęła, nawet, jeśli starała się tego po sobie nie pokazywać. Wtedy mógłby w swym szale posunąć się nawet dalej, mógłby uczynić z tego zamku jej więzienie, a ona nie miałaby nic do powiedzenia. Póki co, stan rzeczy w którym trwała, chociaż nieidealny, pozostawiał jej jakieś resztki swobody.

Tego dnia zażywała długiej kąpieli, myślami odbiegając ponownie do lat szkolnych, które chociaż nie były tak odległe, to jednak zdawały się pochodzić z innego stulecia co najmniej. Przymykała oczy, opuszkami palców wodząc po lustrze wody i znów była w Ameryce, w Ilvermorny, z dala od wzroku ojca, który wówczas uważała za najgorszy, z jakim mogłaby się zmierzyć. Ależ niewiele wiedziała wówczas o życiu.

- Woda jest letnia! – nie była pewna, co pierwsze wyrwało ją z zamyślenia, chlupnięcie nieproszonej łapy do jej kąpieli czy może to warknięcie. Otworzyła niemalże natychmiast oczy, mrugając z zaskoczenia wywołanego nagłym pojawieniem się męża. – Przeziębisz się. Z resztą powinnaś się już szykować – dodał zaraz, wzrokiem prześlizgując się po nagich ramionach swojej wody i całej reszcie, którą był w stanie dostrzec. Nie było tu miejsca na dyskusję, wiedziała doskonale, poza tym nie lubiła rozmawiać z tym człowiekiem, więc gdy wyraźnie jej o coś nie pytał, raczej wybierała milczenie. Tak, jak i teraz, gdy opuściła olbrzymią wannę i pozwoliła służbie zająć się przygotowaniami. Suknię zamówiono już dawno, perłową, jak jej ulubione minerały, lejącą się drogim materiałem od ciasno opasanej talii w dół. Przy dekolcie kołnierz odsłaniał ramiona, zdobiony bogato, w końcu miała być ozdobą swojego męża i powodem, dla którego inni mogliby mu zazdrościć. Przybyszem z Ameryki, ciekawym na tyle by podejść i zamienić kilka słów, ale odmiennym na tyle, by nie spoufalać się za bardzo. Część włosów upięto, części pozwolono opadać kaskadami, w których śliniły perłowe sznury ozdobnych aplikacji, współgrających z maską, która również była nimi wysadzana. Kiedyś przyciąganie spojrzeń na balach na swój sposób jej schlebiało, teraz rodziło w niej pewien dysonans. Z jednej strony nie chciała wcale skupiać na sobie uwagi, a z drugiej wciąż chciała być tą samą kobietą, co kiedyś… w swoich jasnych sukniach, niepasujących do mroku, z jakiego pochodziła.

  Posiadłość Malfoyów pękała w szwach, czego z resztą można się było od razu spodziewać, a mimo to poczuła jakiś smutek na myśl, o dziesiątkach masek atakujących ją z każdej strony. W takich warunkach, nawet gdyby tu był, jak miałaby go spotkać? Znaleźć? Zamienić kilka słów? Znów nie wiedzieć kiedy pozwoliła sobie na wiarę w coś, co nie miało się zdarzyć, coś, co pozostawić mogło jedynie rozczarowanie. To rozczarowanie, którego smak na języku próbowała przełknąć z pomocą musującego alkoholu, jaki chwilę temu podał jej jeden z kelnerów.

Witała się z kim trzeba było, pozdrawiała osobistości, uśmiechała do ich żon, ale nikomu nie poświęciła większej uwagi, wciąż przeskakując z osoby na osobę, niemalże migreny dostając od mnogości kolejnych, skrytych pod ozdobami twarzy. Mimo to nie potrafiła zrezygnować i wiedziała, że będzie to robiła aż do chwili, w której jej mąż nie zarządzi ich powrotu do domu. Do tego czasu, czy było to mądre czy też nie, miała cały czas go szukać.


środa, 2 listopada 2022

Avery / jeden

Zanim ciemność jeszcze zapadła ktoś wiedział, że pojawią się pod tymi drzwiami, że będą posłańcami śmierci, samozwańczymi aniołami własnoręcznie wymierzonej sprawiedliwości, że nieproszeni przerwą błogą ciszę nocy. Ktoś sypnął. Ktoś ostrzegł, czyjś anioł stróż chciał uchronić przed tym, co przecież nieodwołalne. Może mieliśmy w swoich szeregach szpiega, pomyśleli później, a może szczęście zwyczajnie nie stało tamtej nocy w naszych szrankach.

Czekali już na nich, kiedy z charakterystycznym sykiem powietrza pojawili się w bocznej uliczce małego, spokojnego miasteczka.

To co, że z taką wprawą potrafili sięgnąć po różdżkę? Pierwsze zaklęcia padły, zanim jego świadomość odnalazła się w tej ulotnej chwili. Zaklęcia błysnęły niczym fajerwerki w jego oczach, oślepiając na krótką chwilę, zmuszając do zmrużenia powiek. Czyjeś ciało upadło z głuchym łoskotem na wypolerowane setkami tysięcy podeszw kocie łby. Krzyk uwiązł mu w gardle, zaciśniętym tak mocno, że żaden dźwięk nie znalazł ujścia. Skoczył niezgrabnie w bok, z trudem utrzymując równowagę, przypadł do metalowego kontenera na śmieci i znalazł tam odrobinę bezpieczeństwa. Piękną ułudę schronienia. Wystarczyło mu jednak czasu - dwie, trzy sekundy? - na to, żeby złapać oddech, poprawić uścisk na różdżce. Żeby zauważyć jak światła rozbłyskujące w nocy rzucają koszmarne, zniekształcone cienie ludzkich sylwetek na ceglanych ścianach budynków, które zaciskały się nad ich głowami. W końcu ktoś krzyknął. Rozkaz, zaklęcie, prośbę? Ten bezdźwięczny dramat nabrał nowego wymiaru.

Nie zdążył pomyśleć o rodzinie, którą zostawił w ciasnej kamienicy w Londynie. Nie zdążył się przeżegnać. Wyszedł zza kontenera na spotkanie śmierci, z różdżką w pewnym uścisku spoconej dłoni, w wyciągniętym ramieniu, z zaklęciem niewybaczalnym na ustach i na myśli.

Zobaczył lodowate, niebieskie oczy otwarte szeroko, jakby zaskoczone. Miał swoją szansę.

Umarł, zanim wspomnienie wzroku kochającej żony wyparło spojrzenie należące do jego mordercy. Noc zastygła w końcu nad niewielką mieściną.

Cztery ciała na mokrym bruku.

Kolejny sukces Czarnego Pana.


Avery czuł się, jakby zmywał z siebie krew, a ta tworzyła rozcieńczoną kałużę wraz z wodą u jego stóp. Cały świat miał czerwony odcień. Ale do tego też już się przyzwyczajał na przestrzeni czasu. Pozwolił ciepłym strumieniom wody spływać po nagim karku i ramionach, przymknął oczy, oparł dłoń na zimnych kafelkach prysznica. Razem z wyimaginowaną krwią zmywał z siebie także wspomnienie czarnych oczu, mocno zaciśniętej szczęki i zdeterminowania, które zgasił na twarzy tamtego chłopaka. Pozwolił myślom dryfować wokół niego, bo wiedział, że walka z tym, co miało nadejść sprawiała, że było tylko trudniej. Evans nie był zwierzęciem, które instynktownie rzucało się kiedy trafiło w wyki. Miał czas na żałobę, przynajmniej dopóki woda płynęła, dopóki strumienie niczym ciepłe ręce pieściły jego skórę.

Otworzył oczy z urywanym westchnieniem. Krew zniknęła, wspomnienie sprzed godziny rozpłynęło się niczym mgła. Tego wieczoru razem z innymi zyskali ważną przewagę, taką, którą Czarny Pan chciałby wykorzystać w starciu z ludźmi, z którymi jego poplecznicy mieli się spotkać za kilka chwil. Kolejne drobne zwycięstwo, kolejna niewielka szansa, że Lord Voldemort nie uzna za konieczne ukarania któregoś ze śmierciożerców. Lub że, chociażby, kara ta będzie łagodna.

Mężczyzna zakręcił kurek i odgarnął włosy z czoła, które przyległy do niego za sprawą wilgoci. Z oczyszczonymi myślami założył jeden ze swoich znoszonych garniturów, wziął maskę przygotowaną na ten wieczór i z dziwnie rozkojarzonymi myślami opuścił swój dom.

Czy spodziewał się, w jakiej sytuacji stanie tej nocy?

Kłamałby, mówiąc nie.

Czy zamierzał wykorzystać tę okazję dla własnej, egoistycznej zachcianki?

Kłamałby…

Odcinając się od zagalopowania się w dalsze myśli wyszedł na chodnik w mniej ruchliwej dzielnicy Londynu, powolnym, płynnym ruchem wyjął różdżkę i nie rozglądając się na ewentualnych mugoli, którzy mogliby zbłądzić w te niebezpieczne dzielnice wystrzelił powietrze, a pęd wycisnął mu powietrze z płuc. Skierował się nieomylnie w stronę willi Malfoyów, zostawiając za sobą czarne opary zwiastujące - dla przesądnych - nadchodzące nieszczęście.

Posiadłość Lucjusza, zazwyczaj ponura i osnuta siatką niebezpiecznej aury, dzisiaj błyszczała niczym gwiazda polarna na czarnym niczym smoła niebie. Ludzie wylewali się z jasno oświetlonego wnętrza do przestronnych ogrodów, śmiali się i podawali między sobą długie kieliszki wypełnione alkoholem. Damy ubrane były w najlepszej jakości suknie, przystrojone biżuterią i najpiękniejszymi uśmiechami. Tym, którym urody brakowało, udało się nadrobić wystawieniem nieprzyzwoicie nogi przez rozcięcie w sukni lub zbyt głęboko wyciętym dekoltem. Gdyby Avery’ego to interesowało - istna uczta dla oczu. Mężczyźni nie odstawali tutaj zresztą w próżności swojego ubioru ani zachowania. Każdy chciał być zauważony, każdy chciał być ważniejszy niż inni. Przyjęcie wylewało się ogromnymi oknami z budynku nawet pomimo tego, że temperatura oscylowała już przy zerze. Zaklęcia ogrzewające przysłużyły się elicie czarodziejów czystokrwistych, którzy cenili sobie takie luksusy. Avery wszedł po schodach na galerię i przywitały go kose spojrzenia i dwuznaczne uśmieszki. Zaczynała się gra pozorów. Czy był kimś, u kogo warto było mieć przywileje? Czy liczył się w jakimś stopniu w prowadzonej tutaj grze? Czy był tylko nikim, kto próbował grać kogoś, atrapą, teatrem? Rozpieszczeni czarodzieje cenili sobie swoje gierki, rozkoszowali się w rozszarpywaniu innych pomiędzy swoimi szponami.

Evans za to ponownie tylko sprawdził, czy aksamitna tasiemka jego czarnej maski trzyma się solidnie na jego twarzy. Przekroczył próg posiadłości i tak naturalnie, jak to było tylko możliwe zaczął rozglądać się dookoła. Był już spóźniony, wszystko przez dzisiejsze zadanie, które z Nottem i innymi wykonali niemal perfekcyjnie  - w niektórych pokojach przyjęcie rozwijało się w zastraszającym tempie. Śmierciożerca patrzył dzisiaj śmierci w oczy. Miał ochotę na widok przyjemniejszy niż to spojrzenie czarnych tęczówek.