niedziela, 5 marca 2023

Avery / pięć

Widział, że lawiruje pomiędzy gośćmi, obserwował ukradkiem, oparty o zimny kamienny mur, jak podąża za Narcyzą, jak kiwa głową i niewidzącym spojrzeniem czasem ucieka w dal, jakby była w stanie zobaczyć coś, co było ukryte przed innymi gośćmi balu. Patrzył, jak manewruje pomiędzy ludźmi, jak nigdzie nie zostaje na dłużej, nigdy nie wtrąca żadnej bystrej, cynicznej uwagi pomiędzy słowa rozmówców. Zapatrzył się na to, kim się stała. Miał wrażenie, że uciekło z niej życie, że coś przeciekło przez palce i że nie jest to już ta sama osoba, chociaż nadal odziana w znajomą skorupę. Mrużył oczy, z półcienia ogrodu starając się przeszyć oślepiającą jasność wnętrza sali bankietowej. Kiedy Avery zorientował się, gdzie Lilianne zmierza miał jeszcze wystarczająco dużo czasu, żeby zniknąć niezauważonym, żeby wyślizgnąć się ze szponów tego spotkania. I powinien był to zrobić, ale ta chora cząstka jego, której nigdy nie udało mu się uleczyć od momentu opuszczenia szkoły w Ameryce i która była tak silnie zakrzewiona w jego sercu uniemożliwiła mu ruch. Stał po prostu w miejscu, wsunął tylko dłoń do wewnętrznej kieszeni kamizelki w poszukiwaniu paczki papierosów. Miał pół minuty, żeby się przygotować. Pół minuty rozciągnięte w wieczność nie wystarczyłoby, żeby to zrobić, Avery miał pewność. Mężczyzna śrubował jasnowłosą wzrokiem, już nie ukrywając się z tym wcale, już nie patrząc spod półprzymkniętych powiek. Ale Pani Carrow - jak teraz wypadało się odnosić do byłej uczennicy - najwyraźniej tak zatraciła się w swoich myślach, że wcale go nie dostrzegła, że spojrzenie nie przeszyło jej dziury w klatce piersiowej i nie wypaliło się na ubraniu. Lilianne wyglądała prawie tak samo, jak wcześniej - wydoroślała jednak, okrąglejsza niegdyś twarz teraz nabrała wyrazistych kształtów, włosy miała ułożone starannie, na londyńską modłę. Była smukła, olśniewająca i tylko oczy były zupełnie inne, tylko spojrzenie zdradzało, że nastąpiła jakaś zmiana. Avery nie śmiał zgadywać, jaka była to zmiana. Kiedy jej spojrzenie w końcu zatrzymało się na jego twarzy, czas zamarzł. A mimo tego temperatura jego ciała skoczyła niemożliwie do góry. Kobieta, która patrzyła na niego i która odezwała się po chwili zawachania była kimś, kogo Avery kiedyś znał. Kimś, kogo stracił i kogo nie umiał odzyskać. Nie chciał? Zebrał się na siły, aby coś powiedzieć, chociaż nie ruszył się nawet o milimetr. Jak dobrze byłoby stopić się teraz z cieniem, stać się biernym obserwatorem, nie walczyć z czymś co tak szalenie biło w piersi, co przypominało o straconych nocach i chłodnych porankach. — Pani również budzi pewne wspomnienia — powiedział powoli, ledwo podnosząc ton głosu ponad szept. Gdyby nie znajdowali się w tym ogrodzie, to słowa z pewnością zostałyby strawione przez hałas rozmów i tańców z sali obok. — Pani Carrow — dodał po chwili namysłu i wyciągnął dłoń, chociaż etykieta nakazywała, żeby to kobieta pierwsza uczyniła ten gest w stosunku do mężczyzny, z którym się witała. — Może kiedyś oboje śniliśmy wspólny sen. Avery nie miał ani krztyny cierpliwości, żeby czekać. Pochylił się do przodu i chwycił jej dłoń, oplótł palce dookoła jej nadgarstka. Nie miał przecież prawa tego robić, stało to w sprzeczności z jakimkolwiek wyrazem grzeczności. W dodatku nie był wcale delikatny. Nie był przecież dżentelmenem. — Przyszła pani już odpocząć od zgiełku sali balowej? Nie będzie pani poszukiwana, kiedy nieobecność zostanie zauważona, a prawdopodobnie zauważona zostanie niedługo? Jego serce biło jak szalone, tętno ani na moment nie zwalniało swojego pędu. Było tak, jakby Lilianne była zupełnie inną osobą od tej, którą zostawił za oceanem, inną nawet niż ta z przelotnego spotkania w zamku nad klifem, o który rozbijały się wściekłe fale. W tamtej kobiecie była siła i chęć walki - w tej widział poddanie i zgodę na to, co robił z nią los. Może nie miał prawa jej tego robić. Pewnie nie powinien starać się wzbudzić w niej złości, tym bardziej czułości, żadnego niepożądanego pragnienia. A jednak, bardzo chciał właśnie to zrobić. Cokolwiek było lepsze od tej dziwnej obojętności, która obejmowała ciało kobiety niczym miękki płaszcz od momentu, w którym dzisiaj położył na niej swoje spojrzenie. Nie oderwał spojrzenia od jej oczu. Nie potrafił. Niech Bóg, jeśli istnieje, mu przebaczy - tak bardzo chciał ją teraz pocałować, przywrzeć do ściany, przycisnąć do siebie. Może oboje mogli stać się po prostu cieniem?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz