poniedziałek, 14 listopada 2022

Anna / cztery

 

Przyjęcia takie, jak to stanowiły dla niej środowisko znane, praktycznie te same, w którym się wychowała, a mimo  to, tutaj, na Brytyjskiej ziemi wszystko było inne, tak boleśnie nie jej. Mogła przez cały wieczór przyglądać się zaproszonym gościom, a i tak nie znalazłaby wśród nich żadnego przyjaznej twarzy. Tęskniła za Ameryką… nigdy nie uważała siebie za wielką patriotkę, ale opuściwszy rodzinne ziemie, zrozumiała jak bardzo była z nimi zżyta. A może nie chodziło jedynie o inny kontynent, a właśnie o towarzystwo? Tyle lat przekonywała siebie i wszystkich wokół, że woli być anonimowa, niż rozpoznawalna przez wzgląd na ojca, ale tutaj zaczynało jej to doskwierać… to, że jej największą zasługą był fakt, że była żoną Patricka Carrowa. Ten chętnie się chwalił, dlatego powitaniom nie było końca, a te najważniejsze, bo z gospodarzami spotkania, miały dopiero nadejść.

– Obawialiśmy się, że już do nas nie dołączycie – zabrzmiał głos Malfoya, gdy tylko jasnym stało się, że państwo Carrow kierują do nich swe kroki.

– Wybacz Luciusie, wiesz ile czasu na przygotowania potrzeba kobietom – odparł, łapiąc za dłoń przyjaciela, drugą układając na jego ramieniu. Jeśli zaś chodzi o Lilianne, niezainteresowana kompletnie tą, ani żadną inną rozmową, skinęła na powitanie gospodarzom i nic od siebie nie dodała.

– Będę miał do ciebie drobny interes – dopiero na te słowa, wzrok Anny ponownie zatrzymał się na jasnowłosym mężczyźnie. Ten chyba to dostrzegł, sam zaraz spoglądając na swoją żonę, która dumnie prezentowała się w eleganckiej, czarnej sukni, dopasowanej do jej sylwetki. – Najdroższa, może przejdziecie z panią Carrow do reszty gości? Każdemu przydałoby się odpowiednie powitania – ta propozycja, propozycją była jedynie z nazwy, a chociaż krnąbrne lata Lilianne miała już za sobą, zawsze w takich chwilach interesowało ją, co też rozgrywa się za jej plecami. Już na pewno o wiele bardziej, niż rozprawianie o przygotowaniach do balu z Narcyzą i witanie jej gości. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, przeprosiła, tłumacząc, że pójdzie się przewietrzyć. Stary i sprawdzony sposób, by wydrzeć dla siebie parę chwil wytchnienia, działał niezawodnie za każdym razem, tak długo, aż nikt jej nie znalazł, a bal maskowy sprzyjał temu, by być niezauważoną.

Ogród zimowy miał być celem jej ucieczki, chociaż nie zastanawiała się nad tym zbyt długo, zwyczajnie był na tyle blisko, by szybko mogła zostać względnie sama – w końcu na tym etapie przyjęcia goście woleli kotłować się przy wejściu, by nadejście najważniejszych osobistości im nie umknęło. To akurat nie zmieniło się w niej od najmłodszych lat – nie ceniła wcale tych postawionych wysoko, nie zaskarbili sobie oni jej przychylności i zainteresowania jedynie ze względu na tytuły. Minister Magii nie był więc dla niej kimś, kogo mogłaby wyczekiwać, bo cóż spotkanie z tym człowiekiem miałoby zmienić w jej marnym życiu? Niewiele. Cenniejsze były więc te momenty, gdy mogła przez moment zapomnieć o mężu i wszystkim innym, skupić się tylko na sobie. Bo chociaż wcześniej szukała między twarzami tej jednej, którą pragnęła ujrzeć, pojawiwszy się w ogrodzie, całkiem o tym zapomniała. Opuściła gardę i dlatego też, wyłapując tak znajomą sylwetkę, nie potrafiła powstrzymać uderzenia całej mieszaniny emocji, które sparaliżowały ją na kilka uderzeń serca. Potem natomiast…

– Znów się spotykamy – nie wiedziała co powiedzieć, ale przecież pewna była tego, kto przed nią stoi. Poznałaby go zawsze, nawet gdyby nie maska, a jakiś ciemny worek zasłaniał mu twarz. Coś w jej głowie przyciągało ją do tego człowieka na długo przed tym, gdy pozwoliła sobie to zaakceptować. Mimo to były jakieś obawy, stres, absurdalny lęk wywołujący dreszcze w dole kręgosłupa. Bo co jeśli jednak się pomyliła? Była zbyt zuchwała, zbyt pewna. – Chyba, że pomyliłam z kimś pana – dodała więc po chwili, nie spuszczając wzroku z niebieskich oczu bijących spod maski. Tych oczu, do których rościła sobie niegdyś prawo. – Przypomina pan pewne wspomnienie… chociaż teraz nie wiem, czy sama go już sobie nie wymyśliłam – kącik ust drgnął jej lekko, ale na próżno było szukać w tym geście wesołości. W zasadzie.. uderzyła w nią jakaś niemoc. Oto znów przed nią stanął, był tak blisko, a jednocześnie… wciąż pozostawał daleko poza jej zasięgiem.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz