Przyjęcia
takie, jak to stanowiły dla niej środowisko znane, praktycznie te same, w
którym się wychowała, a mimo to, tutaj,
na Brytyjskiej ziemi wszystko było inne, tak boleśnie nie jej. Mogła przez cały
wieczór przyglądać się zaproszonym gościom, a i tak nie znalazłaby wśród nich
żadnego przyjaznej twarzy. Tęskniła za Ameryką… nigdy nie uważała siebie za
wielką patriotkę, ale opuściwszy rodzinne ziemie, zrozumiała jak bardzo była z
nimi zżyta. A może nie chodziło jedynie o inny kontynent, a właśnie o
towarzystwo? Tyle lat przekonywała siebie i wszystkich wokół, że woli być
anonimowa, niż rozpoznawalna przez wzgląd na ojca, ale tutaj zaczynało jej to
doskwierać… to, że jej największą zasługą był fakt, że była żoną Patricka
Carrowa. Ten chętnie się chwalił, dlatego powitaniom nie było końca, a te
najważniejsze, bo z gospodarzami spotkania, miały dopiero nadejść.
–
Obawialiśmy się, że już do nas nie dołączycie – zabrzmiał głos Malfoya, gdy
tylko jasnym stało się, że państwo Carrow kierują do nich swe kroki.
– Wybacz
Luciusie, wiesz ile czasu na przygotowania potrzeba kobietom – odparł, łapiąc
za dłoń przyjaciela, drugą układając na jego ramieniu. Jeśli zaś chodzi o
Lilianne, niezainteresowana kompletnie tą, ani żadną inną rozmową, skinęła na
powitanie gospodarzom i nic od siebie nie dodała.
– Będę miał
do ciebie drobny interes – dopiero na te słowa, wzrok Anny ponownie zatrzymał
się na jasnowłosym mężczyźnie. Ten chyba to dostrzegł, sam zaraz spoglądając na
swoją żonę, która dumnie prezentowała się w eleganckiej, czarnej sukni,
dopasowanej do jej sylwetki. – Najdroższa, może przejdziecie z panią Carrow do
reszty gości? Każdemu przydałoby się odpowiednie powitania – ta propozycja,
propozycją była jedynie z nazwy, a chociaż krnąbrne lata Lilianne miała już za
sobą, zawsze w takich chwilach interesowało ją, co też rozgrywa się za jej
plecami. Już na pewno o wiele bardziej, niż rozprawianie o przygotowaniach do
balu z Narcyzą i witanie jej gości. Kiedy tylko nadarzyła się okazja,
przeprosiła, tłumacząc, że pójdzie się przewietrzyć. Stary i sprawdzony sposób,
by wydrzeć dla siebie parę chwil wytchnienia, działał niezawodnie za każdym
razem, tak długo, aż nikt jej nie znalazł, a bal maskowy sprzyjał temu, by być
niezauważoną.
Ogród
zimowy miał być celem jej ucieczki, chociaż nie zastanawiała się nad tym zbyt
długo, zwyczajnie był na tyle blisko, by szybko mogła zostać względnie sama – w
końcu na tym etapie przyjęcia goście woleli kotłować się przy wejściu, by
nadejście najważniejszych osobistości im nie umknęło. To akurat nie zmieniło
się w niej od najmłodszych lat – nie ceniła wcale tych postawionych wysoko, nie
zaskarbili sobie oni jej przychylności i zainteresowania jedynie ze względu na
tytuły. Minister Magii nie był więc dla niej kimś, kogo mogłaby wyczekiwać, bo
cóż spotkanie z tym człowiekiem miałoby zmienić w jej marnym życiu? Niewiele.
Cenniejsze były więc te momenty, gdy mogła przez moment zapomnieć o mężu i
wszystkim innym, skupić się tylko na sobie. Bo chociaż wcześniej szukała między
twarzami tej jednej, którą pragnęła ujrzeć, pojawiwszy się w ogrodzie, całkiem
o tym zapomniała. Opuściła gardę i dlatego też, wyłapując tak znajomą sylwetkę,
nie potrafiła powstrzymać uderzenia całej mieszaniny emocji, które
sparaliżowały ją na kilka uderzeń serca. Potem natomiast…
– Znów się
spotykamy – nie wiedziała co powiedzieć, ale przecież pewna była tego, kto
przed nią stoi. Poznałaby go zawsze, nawet gdyby nie maska, a jakiś ciemny
worek zasłaniał mu twarz. Coś w jej głowie przyciągało ją do tego człowieka na
długo przed tym, gdy pozwoliła sobie to zaakceptować. Mimo to były jakieś
obawy, stres, absurdalny lęk wywołujący dreszcze w dole kręgosłupa. Bo co jeśli
jednak się pomyliła? Była zbyt zuchwała, zbyt pewna. – Chyba, że pomyliłam z
kimś pana – dodała więc po chwili, nie spuszczając wzroku z niebieskich oczu
bijących spod maski. Tych oczu, do których rościła sobie niegdyś prawo. –
Przypomina pan pewne wspomnienie… chociaż teraz nie wiem, czy sama go już sobie
nie wymyśliłam – kącik ust drgnął jej lekko, ale na próżno było szukać w tym
geście wesołości. W zasadzie.. uderzyła w nią jakaś niemoc. Oto znów przed nią
stanął, był tak blisko, a jednocześnie… wciąż pozostawał daleko poza jej
zasięgiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz