czwartek, 10 listopada 2022

Avery / trzy

        Najsprawniejsi w dziedzinie węszenia autorytetu i możliwości podlizania się komuś ważnemu w lot spostrzegli, że Evans nie jest osobą, przez kontakt z którą mogą zyskać coś znaczącego. Wrócili do swoich rozmów, do swoich intryg, do knucia za plecami i do walki o pozycję. Spojrzenia wygłodzonych hien kierowały się na drzwi wejściowe, gdy te tylko chociaż ledwie skrzypnęły. Avery też brał udział w tej maskaradzie, przechodząc powoli z holu do sali z bufetem, aż do kolejnej i kolejnej. Jasne, ciepłe światło sączyło się z magicznych płomieni usytuowanych w czarach na ścianie przy każdej kolumnie dzielącej pomieszczenie na segmenty. Cichy pomruk muzyki docierał do każdego zakamarka przestronnej willi.
        Gospodarz nieco dalej, po prawej stronie Averego właśnie witał się płytkim, zgrabnym ukłonem z którymś ze swoich - zapewne - bardziej znaczących gości. Pomiędzy mężczyznami, Malfoyem i Evansem, wystarczyło zaledwie lotne spojrzenie, które przecięło się na ułamek sekundy, aby zdać pierwszy raport z wieczornej misji. Avery skinął ledwo widocznie głową. Nie zatrzymał się w ruchu, krążył po sali trzymając się blisko ścian, naturalnie wtapiając się w otoczenie. Dopiero, kiedy zatrzymał się na moment w łuku prowadzącym do ogrodu zimowego pierwszej hienie udało się go złapać.
        — Nott — stwierdził chłodno, skinąwszy głową. Avery nie był święty, ale bliskość tego mężczyzny sprawiała, że chciał odstąpić o krok na bok, zupełnie jakby to spotkanie miało czymś go zarazić.
        — I jak?— odparł raptownie, w miejsce powitanie. — Podobno sam Minister Magii ma zjawić się tu niedługo.
        Śmierciożerca zmrużył oczy.
        Zimowy ogród w willi Malfoyów przypominał mu nieco szklarnię w zachodniej części zamku, w której czasem przesiadywał wiosną, tak wiele, wiele lat temu. Kwiaty utrzymywane bez wątpienia przy życiu magią przypominały o przeszłości, o innym życiu, o władzy, o którą nie musiał walczyć, której strzępów nikomu nie musiał wyrywać z martwych rąk. Niebezpieczna to była myśl, ale w tym momencie tak klarownie uderzająca: na służbie Czarnego Pana nikt nie wygrywa. Jedynie cel pozostaje niezmienny. Droga zaś do niego kręta, niebezpieczna, wąska. Jeden krok, aby spaść w przepaść. Evans był tym szczęśliwcem, nie na tyle ważnym, żeby z jego porażki zrobić śmiertelny przykład dla innych śmierciożerców. Zasłużył sobie na wygnanie, a to zaowocowało w coś niespodziewanego. Takiego, jak ten kwiat w pełni kwitnienia u progu surowej, angielskiej zimy.
        — Ach, tak? Jakie masz w związku z tym plany na koniec wieczoru? Będziesz lizał buty, Nott? Myślisz, że dadzą ci pocałować pierścień? Nie przelicz się przypadkiem, bo przypadki mają surowe konsekwencje.
        Nott syknął ostrzegająco przez zęby, pochylił się nieco w kierunku rozmówcy. Nie ściągał z niego spojrzenia.
        — Gówno wiesz, Evans — warknął, a jego oczy ukryte w cieniu błyszczały jak dwa czarne diamenty. — Jedna akcja i zaczynasz szczekać? Nie za szybko wróciłeś z tej Ameryki? Tam pewnie zapomniałeś, jak żyje się tutaj, w Anglii, co? — Nott wyprostował się, ale brzydki wyraz nie zniknął z jego twarzy, skrzywione usta tylko jeszcze bardziej się pogłębiły w swoim wyrazie. — Lucjusz rozmawia z Partickiem — zaczął ponownie.
        I mówił coś jeszcze więcej, bo Avery widział, jak jego usta poruszają się szybko, i myślał, że powinien słyszeć ciche, miękkie słowa, ale nic do niego już nie docierało. Nagła informacja wstrząsnęła nim do samego wnętrza. Gapił się na twarz rozmówcy, nie zastanawiając się, czy to jego pora na odparcie ataku. Mężczyzna powoli przeniósł spojrzenie na środek sali, w miejsce, które przed niedługą chwilą omiótł nieuważnym spojrzeniem. Wnętrze stało się nagle nienaturalnie jasne dla jego oczu przyzwyczajonych do lepkiego półmroku ogrodu.
        Coś dziwnego działo się z jego ciałem, coś niezrozumiałego. Wytężał spojrzenie, jakby próbował przebić się przez niewidzialną barierę. Aksamitny materiał maski drażnił jego skórę na skroniach i policzkach, każdy szmer wydawał się być potężną lawiną dźwięku. I nagle całe otoczenie ruszyło z kopyta, znowu znalazło się w ruchu, znowu Nott stał obok, patrząc się dziwnie, podążając za spojrzeniem Avery’ego.
        — Przyszli? Zamieszanie przy drzwiach… — zaczął jego towarzysz, ale nie skończył, bo ruszył w kierunku , w którym oboje patrzyli.
        Avery nie miał wątpliwości, nawet przez chwilę, że to była ona.
        Wyglądała zupełnie inaczej, była inną osobą niż tą dziewczyną, która spędziła noc w jego gabinecie, która walczyła o każdy fragment swojej suwerenności. Sposób, w jaki przechylała głowę wcale się nie zmienił. Jak wyciągała rękę, jak dygnęła lekko.
        Łudził się, że jej widok go nie poruszy.
        Okłamywał się.
        Chciał ruszyć w jej stronę, ale instynkt okazał się silniejszy niż ta beztroska swoboda, która mogła wpakować ich oboje w problemy. Cofnął się o krok, oparł plecami o zimny mur, który dzielił salę z gośćmi i zimowy ogród. Słyszał, że zamieszanie u wejścia do willi narasta i spodziewał się, że Nott miał rację. Być może faktycznie Minister Magii zdecydował się zaszczycić ich swoj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz