poniedziałek, 7 listopada 2022

Anna /dwa

Trzy długie lata spędziła w Wielkiej Brytanii, wyobrażając sobie, jak jej życie mogłoby wyglądać, gdyby nikt nigdy nie decydował za nią. Bezustannie wracała myślami do przeszłości, bo i teraźniejszość nieszczególnie ją interesowała, a raczej łatwiej jej było, gdy wmawiała sobie, że ta wcale jej nie dotyczy. Dni mijały różnie, czasem ciągnąc się w nieskończoność, gdy trwać musiała u boku Patricka, a czasem melancholijnie, gdy mąż opuszczał ich posiadłość i mogła bez zahamowani skupiać się na sobie, albo raczej na swojej samotności. Starała się nie tracić ducha, przynajmniej z początku, jednak gdzieś po drodze ten po prostu zaczął zanikać, wraz z miesiącami, które uświadamiały jej, że to już się nie zmieni, że nikt nigdy po nią nie przybędzie, a ona przegrała walkę o samą siebie. Jeśli zaś sądziła, że spotkanie Averego Evansa wniesie do jej życia powiew zgubnej nadziei, to się myliła. Wciąż pamiętała, jak nie tak dawno gościł wraz z innymi śmierciożercami u jej męża, jak był na wyciągnięcie ręki, której żadne z nich ostatecznie nie wyciągnęło. Nie, to nie nadzieję, a przygnębienie wprowadził do jej życia. Zawód, ale i gorycz, gdy zrozumiała, że liczyła na cud, w świecie, w którym rządzą koszmary. Była naiwna… mogła cały czas wmawiać sobie, że już z tego wyrosła, ale wciąć, bezustannie pojawiały się sytuacje, które wyprowadzały ją z błędu.

Bal miał być właśnie kolejną z takich sytuacji. Nie jej pierwszy i nie ostatni, ale na pewno ten jeden raz jej myśli stanowczo za często uciekały w kierunku listy gości. Czy go tam spotka? Chciałaby zapytać, ale nie miała kogo. Mąż zapytany o jakiegokolwiek innego mężczyznę wpadał w szał, nie kryjąc tego, jak zazdrosnym i zaborczym był typem człowieka. Brzydziła się każdego cala, który budował jego z pozoru ludzką powłokę. Nocami próbowała odsuwać się jak najdalej, ale jego łapska były wszędzie, jakby przeczuwał, że z chęcią by mu się z nich wyślizgnęła, nawet, jeśli starała się tego po sobie nie pokazywać. Wtedy mógłby w swym szale posunąć się nawet dalej, mógłby uczynić z tego zamku jej więzienie, a ona nie miałaby nic do powiedzenia. Póki co, stan rzeczy w którym trwała, chociaż nieidealny, pozostawiał jej jakieś resztki swobody.

Tego dnia zażywała długiej kąpieli, myślami odbiegając ponownie do lat szkolnych, które chociaż nie były tak odległe, to jednak zdawały się pochodzić z innego stulecia co najmniej. Przymykała oczy, opuszkami palców wodząc po lustrze wody i znów była w Ameryce, w Ilvermorny, z dala od wzroku ojca, który wówczas uważała za najgorszy, z jakim mogłaby się zmierzyć. Ależ niewiele wiedziała wówczas o życiu.

- Woda jest letnia! – nie była pewna, co pierwsze wyrwało ją z zamyślenia, chlupnięcie nieproszonej łapy do jej kąpieli czy może to warknięcie. Otworzyła niemalże natychmiast oczy, mrugając z zaskoczenia wywołanego nagłym pojawieniem się męża. – Przeziębisz się. Z resztą powinnaś się już szykować – dodał zaraz, wzrokiem prześlizgując się po nagich ramionach swojej wody i całej reszcie, którą był w stanie dostrzec. Nie było tu miejsca na dyskusję, wiedziała doskonale, poza tym nie lubiła rozmawiać z tym człowiekiem, więc gdy wyraźnie jej o coś nie pytał, raczej wybierała milczenie. Tak, jak i teraz, gdy opuściła olbrzymią wannę i pozwoliła służbie zająć się przygotowaniami. Suknię zamówiono już dawno, perłową, jak jej ulubione minerały, lejącą się drogim materiałem od ciasno opasanej talii w dół. Przy dekolcie kołnierz odsłaniał ramiona, zdobiony bogato, w końcu miała być ozdobą swojego męża i powodem, dla którego inni mogliby mu zazdrościć. Przybyszem z Ameryki, ciekawym na tyle by podejść i zamienić kilka słów, ale odmiennym na tyle, by nie spoufalać się za bardzo. Część włosów upięto, części pozwolono opadać kaskadami, w których śliniły perłowe sznury ozdobnych aplikacji, współgrających z maską, która również była nimi wysadzana. Kiedyś przyciąganie spojrzeń na balach na swój sposób jej schlebiało, teraz rodziło w niej pewien dysonans. Z jednej strony nie chciała wcale skupiać na sobie uwagi, a z drugiej wciąż chciała być tą samą kobietą, co kiedyś… w swoich jasnych sukniach, niepasujących do mroku, z jakiego pochodziła.

  Posiadłość Malfoyów pękała w szwach, czego z resztą można się było od razu spodziewać, a mimo to poczuła jakiś smutek na myśl, o dziesiątkach masek atakujących ją z każdej strony. W takich warunkach, nawet gdyby tu był, jak miałaby go spotkać? Znaleźć? Zamienić kilka słów? Znów nie wiedzieć kiedy pozwoliła sobie na wiarę w coś, co nie miało się zdarzyć, coś, co pozostawić mogło jedynie rozczarowanie. To rozczarowanie, którego smak na języku próbowała przełknąć z pomocą musującego alkoholu, jaki chwilę temu podał jej jeden z kelnerów.

Witała się z kim trzeba było, pozdrawiała osobistości, uśmiechała do ich żon, ale nikomu nie poświęciła większej uwagi, wciąż przeskakując z osoby na osobę, niemalże migreny dostając od mnogości kolejnych, skrytych pod ozdobami twarzy. Mimo to nie potrafiła zrezygnować i wiedziała, że będzie to robiła aż do chwili, w której jej mąż nie zarządzi ich powrotu do domu. Do tego czasu, czy było to mądre czy też nie, miała cały czas go szukać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz