Trzy długie lata spędziła w Wielkiej Brytanii, wyobrażając sobie,
jak jej życie mogłoby wyglądać, gdyby nikt nigdy nie decydował za
nią. Bezustannie wracała myślami do przeszłości, bo i teraźniejszość
nieszczególnie ją interesowała, a raczej łatwiej jej było, gdy wmawiała sobie,
że ta wcale jej nie dotyczy. Dni mijały różnie, czasem ciągnąc się w nieskończoność,
gdy trwać musiała u boku Patricka, a czasem melancholijnie, gdy mąż opuszczał
ich posiadłość i mogła bez zahamowani skupiać się na sobie, albo raczej na
swojej samotności. Starała się nie tracić ducha, przynajmniej z początku,
jednak gdzieś po drodze ten po prostu zaczął zanikać, wraz z miesiącami, które
uświadamiały jej, że to już się nie zmieni, że nikt nigdy po nią nie
przybędzie, a ona przegrała walkę o samą siebie. Jeśli zaś sądziła, że
spotkanie Averego Evansa wniesie do jej życia powiew zgubnej nadziei, to się
myliła. Wciąż pamiętała, jak nie tak dawno gościł wraz z innymi śmierciożercami
u jej męża, jak był na wyciągnięcie ręki, której żadne z nich ostatecznie nie
wyciągnęło. Nie, to nie nadzieję, a przygnębienie wprowadził do jej życia.
Zawód, ale i gorycz, gdy zrozumiała, że liczyła na cud, w świecie, w którym
rządzą koszmary. Była naiwna… mogła cały czas wmawiać sobie, że już z tego
wyrosła, ale wciąć, bezustannie pojawiały się sytuacje, które wyprowadzały ją z
błędu.
Bal miał być właśnie kolejną z takich sytuacji. Nie jej pierwszy i
nie ostatni, ale na pewno ten jeden raz jej myśli stanowczo za często uciekały
w kierunku listy gości. Czy go tam spotka? Chciałaby zapytać, ale nie miała
kogo. Mąż zapytany o jakiegokolwiek innego mężczyznę wpadał w szał, nie kryjąc
tego, jak zazdrosnym i zaborczym był typem człowieka. Brzydziła się każdego
cala, który budował jego z pozoru ludzką powłokę. Nocami próbowała odsuwać się
jak najdalej, ale jego łapska były wszędzie, jakby przeczuwał, że z chęcią by
mu się z nich wyślizgnęła, nawet, jeśli starała się tego po sobie nie
pokazywać. Wtedy mógłby w swym szale posunąć się nawet dalej, mógłby uczynić z tego
zamku jej więzienie, a ona nie miałaby nic do powiedzenia. Póki co, stan rzeczy
w którym trwała, chociaż nieidealny, pozostawiał jej jakieś resztki swobody.
Tego dnia zażywała długiej kąpieli, myślami odbiegając ponownie do
lat szkolnych, które chociaż nie były tak odległe, to jednak zdawały się
pochodzić z innego stulecia co najmniej. Przymykała oczy, opuszkami palców
wodząc po lustrze wody i znów była w Ameryce, w Ilvermorny, z dala od wzroku
ojca, który wówczas uważała za najgorszy, z jakim mogłaby się zmierzyć. Ależ
niewiele wiedziała wówczas o życiu.
- Woda jest letnia! – nie była pewna, co pierwsze wyrwało ją z
zamyślenia, chlupnięcie nieproszonej łapy do jej kąpieli czy może to
warknięcie. Otworzyła niemalże natychmiast oczy, mrugając z zaskoczenia
wywołanego nagłym pojawieniem się męża. – Przeziębisz się. Z resztą powinnaś
się już szykować – dodał zaraz, wzrokiem prześlizgując się po nagich ramionach
swojej wody i całej reszcie, którą był w stanie dostrzec. Nie było tu miejsca
na dyskusję, wiedziała doskonale, poza tym nie lubiła rozmawiać z tym
człowiekiem, więc gdy wyraźnie jej o coś nie pytał, raczej wybierała milczenie.
Tak, jak i teraz, gdy opuściła olbrzymią wannę i pozwoliła służbie zająć się
przygotowaniami. Suknię zamówiono już dawno, perłową, jak jej ulubione
minerały, lejącą się drogim materiałem od ciasno opasanej talii w dół. Przy
dekolcie kołnierz odsłaniał ramiona, zdobiony bogato, w końcu miała być ozdobą
swojego męża i powodem, dla którego inni mogliby mu zazdrościć. Przybyszem z
Ameryki, ciekawym na tyle by podejść i zamienić kilka słów, ale odmiennym na
tyle, by nie spoufalać się za bardzo. Część włosów upięto, części pozwolono
opadać kaskadami, w których śliniły perłowe sznury ozdobnych aplikacji,
współgrających z maską, która również była nimi wysadzana. Kiedyś przyciąganie
spojrzeń na balach na swój sposób jej schlebiało, teraz rodziło w niej pewien
dysonans. Z jednej strony nie chciała wcale skupiać na sobie uwagi, a z drugiej
wciąż chciała być tą samą kobietą, co kiedyś… w swoich jasnych sukniach, niepasujących
do mroku, z jakiego pochodziła.
Posiadłość Malfoyów pękała w szwach, czego z
resztą można się było od razu spodziewać, a mimo to poczuła jakiś smutek na
myśl, o dziesiątkach masek atakujących ją z każdej strony. W takich warunkach,
nawet gdyby tu był, jak miałaby go spotkać? Znaleźć? Zamienić kilka słów? Znów nie
wiedzieć kiedy pozwoliła sobie na wiarę w coś, co nie miało się zdarzyć, coś,
co pozostawić mogło jedynie rozczarowanie. To rozczarowanie, którego smak na
języku próbowała przełknąć z pomocą musującego alkoholu, jaki chwilę temu podał
jej jeden z kelnerów.
Witała się z kim trzeba było, pozdrawiała osobistości, uśmiechała
do ich żon, ale nikomu nie poświęciła większej uwagi, wciąż przeskakując z
osoby na osobę, niemalże migreny dostając od mnogości kolejnych, skrytych pod
ozdobami twarzy. Mimo to nie potrafiła zrezygnować i wiedziała, że będzie to
robiła aż do chwili, w której jej mąż nie zarządzi ich powrotu do domu. Do tego
czasu, czy było to mądre czy też nie, miała cały czas go szukać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz