środa, 2 listopada 2022

Avery / jeden

Zanim ciemność jeszcze zapadła ktoś wiedział, że pojawią się pod tymi drzwiami, że będą posłańcami śmierci, samozwańczymi aniołami własnoręcznie wymierzonej sprawiedliwości, że nieproszeni przerwą błogą ciszę nocy. Ktoś sypnął. Ktoś ostrzegł, czyjś anioł stróż chciał uchronić przed tym, co przecież nieodwołalne. Może mieliśmy w swoich szeregach szpiega, pomyśleli później, a może szczęście zwyczajnie nie stało tamtej nocy w naszych szrankach.

Czekali już na nich, kiedy z charakterystycznym sykiem powietrza pojawili się w bocznej uliczce małego, spokojnego miasteczka.

To co, że z taką wprawą potrafili sięgnąć po różdżkę? Pierwsze zaklęcia padły, zanim jego świadomość odnalazła się w tej ulotnej chwili. Zaklęcia błysnęły niczym fajerwerki w jego oczach, oślepiając na krótką chwilę, zmuszając do zmrużenia powiek. Czyjeś ciało upadło z głuchym łoskotem na wypolerowane setkami tysięcy podeszw kocie łby. Krzyk uwiązł mu w gardle, zaciśniętym tak mocno, że żaden dźwięk nie znalazł ujścia. Skoczył niezgrabnie w bok, z trudem utrzymując równowagę, przypadł do metalowego kontenera na śmieci i znalazł tam odrobinę bezpieczeństwa. Piękną ułudę schronienia. Wystarczyło mu jednak czasu - dwie, trzy sekundy? - na to, żeby złapać oddech, poprawić uścisk na różdżce. Żeby zauważyć jak światła rozbłyskujące w nocy rzucają koszmarne, zniekształcone cienie ludzkich sylwetek na ceglanych ścianach budynków, które zaciskały się nad ich głowami. W końcu ktoś krzyknął. Rozkaz, zaklęcie, prośbę? Ten bezdźwięczny dramat nabrał nowego wymiaru.

Nie zdążył pomyśleć o rodzinie, którą zostawił w ciasnej kamienicy w Londynie. Nie zdążył się przeżegnać. Wyszedł zza kontenera na spotkanie śmierci, z różdżką w pewnym uścisku spoconej dłoni, w wyciągniętym ramieniu, z zaklęciem niewybaczalnym na ustach i na myśli.

Zobaczył lodowate, niebieskie oczy otwarte szeroko, jakby zaskoczone. Miał swoją szansę.

Umarł, zanim wspomnienie wzroku kochającej żony wyparło spojrzenie należące do jego mordercy. Noc zastygła w końcu nad niewielką mieściną.

Cztery ciała na mokrym bruku.

Kolejny sukces Czarnego Pana.


Avery czuł się, jakby zmywał z siebie krew, a ta tworzyła rozcieńczoną kałużę wraz z wodą u jego stóp. Cały świat miał czerwony odcień. Ale do tego też już się przyzwyczajał na przestrzeni czasu. Pozwolił ciepłym strumieniom wody spływać po nagim karku i ramionach, przymknął oczy, oparł dłoń na zimnych kafelkach prysznica. Razem z wyimaginowaną krwią zmywał z siebie także wspomnienie czarnych oczu, mocno zaciśniętej szczęki i zdeterminowania, które zgasił na twarzy tamtego chłopaka. Pozwolił myślom dryfować wokół niego, bo wiedział, że walka z tym, co miało nadejść sprawiała, że było tylko trudniej. Evans nie był zwierzęciem, które instynktownie rzucało się kiedy trafiło w wyki. Miał czas na żałobę, przynajmniej dopóki woda płynęła, dopóki strumienie niczym ciepłe ręce pieściły jego skórę.

Otworzył oczy z urywanym westchnieniem. Krew zniknęła, wspomnienie sprzed godziny rozpłynęło się niczym mgła. Tego wieczoru razem z innymi zyskali ważną przewagę, taką, którą Czarny Pan chciałby wykorzystać w starciu z ludźmi, z którymi jego poplecznicy mieli się spotkać za kilka chwil. Kolejne drobne zwycięstwo, kolejna niewielka szansa, że Lord Voldemort nie uzna za konieczne ukarania któregoś ze śmierciożerców. Lub że, chociażby, kara ta będzie łagodna.

Mężczyzna zakręcił kurek i odgarnął włosy z czoła, które przyległy do niego za sprawą wilgoci. Z oczyszczonymi myślami założył jeden ze swoich znoszonych garniturów, wziął maskę przygotowaną na ten wieczór i z dziwnie rozkojarzonymi myślami opuścił swój dom.

Czy spodziewał się, w jakiej sytuacji stanie tej nocy?

Kłamałby, mówiąc nie.

Czy zamierzał wykorzystać tę okazję dla własnej, egoistycznej zachcianki?

Kłamałby…

Odcinając się od zagalopowania się w dalsze myśli wyszedł na chodnik w mniej ruchliwej dzielnicy Londynu, powolnym, płynnym ruchem wyjął różdżkę i nie rozglądając się na ewentualnych mugoli, którzy mogliby zbłądzić w te niebezpieczne dzielnice wystrzelił powietrze, a pęd wycisnął mu powietrze z płuc. Skierował się nieomylnie w stronę willi Malfoyów, zostawiając za sobą czarne opary zwiastujące - dla przesądnych - nadchodzące nieszczęście.

Posiadłość Lucjusza, zazwyczaj ponura i osnuta siatką niebezpiecznej aury, dzisiaj błyszczała niczym gwiazda polarna na czarnym niczym smoła niebie. Ludzie wylewali się z jasno oświetlonego wnętrza do przestronnych ogrodów, śmiali się i podawali między sobą długie kieliszki wypełnione alkoholem. Damy ubrane były w najlepszej jakości suknie, przystrojone biżuterią i najpiękniejszymi uśmiechami. Tym, którym urody brakowało, udało się nadrobić wystawieniem nieprzyzwoicie nogi przez rozcięcie w sukni lub zbyt głęboko wyciętym dekoltem. Gdyby Avery’ego to interesowało - istna uczta dla oczu. Mężczyźni nie odstawali tutaj zresztą w próżności swojego ubioru ani zachowania. Każdy chciał być zauważony, każdy chciał być ważniejszy niż inni. Przyjęcie wylewało się ogromnymi oknami z budynku nawet pomimo tego, że temperatura oscylowała już przy zerze. Zaklęcia ogrzewające przysłużyły się elicie czarodziejów czystokrwistych, którzy cenili sobie takie luksusy. Avery wszedł po schodach na galerię i przywitały go kose spojrzenia i dwuznaczne uśmieszki. Zaczynała się gra pozorów. Czy był kimś, u kogo warto było mieć przywileje? Czy liczył się w jakimś stopniu w prowadzonej tutaj grze? Czy był tylko nikim, kto próbował grać kogoś, atrapą, teatrem? Rozpieszczeni czarodzieje cenili sobie swoje gierki, rozkoszowali się w rozszarpywaniu innych pomiędzy swoimi szponami.

Evans za to ponownie tylko sprawdził, czy aksamitna tasiemka jego czarnej maski trzyma się solidnie na jego twarzy. Przekroczył próg posiadłości i tak naturalnie, jak to było tylko możliwe zaczął rozglądać się dookoła. Był już spóźniony, wszystko przez dzisiejsze zadanie, które z Nottem i innymi wykonali niemal perfekcyjnie  - w niektórych pokojach przyjęcie rozwijało się w zastraszającym tempie. Śmierciożerca patrzył dzisiaj śmierci w oczy. Miał ochotę na widok przyjemniejszy niż to spojrzenie czarnych tęczówek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz