Od czasu swojego ślubu, niejednokrotnie brała udział w podobnych wydarzeniach, stroiła się i odgrywała rolę dobrej żony, chociaż chyba lepiej byłoby powiedzieć, że po prostu była tu ozdobą, czasem wręcz egzotyczną, wśród tak brytyjskiego towarzystwa jej akcent wyróżniał się przy każdej wypowiedzi. Nie, żeby odezwała się często... rozmowy z innymi żonami ją nużyły i chyba nie pamiętała już, jak to było, cieszyć się z bankietów i bali. Kiedy próbowała wracać pamięcią do tych, ze szkolnych lat, wydawało jej się, że odkopuje z tyłu głowy cudze wspomnienia. Kiedyś śmiała się głośno i w mało skromny sposób cieszyła z uwagi, jaką udało jej się zyskać. Miała też przy sobie przyjaciół... tych nigdy nie było wielu, ale nawet jedna bliska osoba potrafiła sprawić, że czuła się szczęśliwą. Teraz natomiast... w gąszczu kurtuazyjnych komplementów, czuła się samotnie. Jakby wrzucono ją w środowisko, w którym nigdy nie mogłaby rozkwitnąć... po prostu więc wegetowała, straciła kolory, energię, zmizerniała, ale jakoś żyła. Dla kogoś kto nie znał jej z przeszłości, pewnie nic w jej wyglądzie nie wydawało się podejrzane, ale ona sama, patrząc w lustro, po prostu wiedziała.
Łatwiej było znosić jej nowe realia życia, kiedy nie próbowała usilnie szukać połączenia z tymi starymi - tak właśnie sobie wmawiała, a mimo to, wbrew własnym zasadom, chciała zrobić wszystko, by go spotkać. Zamienić parę zdań, odnaleźć coś, co został pogrzebane. W głowie miała więc wiele oczekiwań, emocji, nadziei, ale w swojej postawie nie chciała ich jeszcze zdradzać. Gdyby ktoś zobaczył ją z tym wszystkim, co czuła, wypisanym na twarzy, na pewno uznałby to za godne zainteresowania. A ich spotkaniem nikt nie powinien się interesować.
Niełatwo było powtrzymać się od chłonięcia wzrokiem każdego milimetra jego sylwetki, mogła się spodziewać, że właśnie tak będzie. Wydawał jej się teraz nawet mroczniejszy, niż w czasach szkolnych, ale jego chłodne w barwie oczy zawsze działały na nią uspakajająco. To przynajmniej nie zmieniło się z biegiem czasu. Być może nawet ten fakt sprawił, że opuściła gardę na tyle, by nie zapanować nad grymasem, który przyozdobił jej twarz na ułamek sekundy, w chwili, w której nazwał ją nazwiskiem męża.
- Być może... ostatnio męczą mnie jedynie koszmary - mruknęła w odpowiedzi, starając się zagłuszyć jakoś bicie serca, które teraz dudniło jej w uszach. Nim nawet zaplanowała jakiś ruch, Avery sięgnął po jej rękę, a ona mu jej nie wyrwała, nie planowała nawet, chociaż tak nieodpowiednie zachowanie powinno spotkać się z protestem z jej strony. Za bardzo jednak chciała, aby ją trzymał, jakkolwiek, byleby nie puszczał. Tak dawno nie dotykał jej nikt, kogo dotyku by sobie życzyła. Jej skóra nie przywykła do dreszczy innych, niż te z obrzydzenia, więc teraz przeżywała ten niewielki kontakt fizyczny nawet dotkliwiej, niż wypadało.
- Mój mąż żywo dyskutuje o interesach z panem Malfoyem. Minie nieco czasu, nim będzie mnie szukał i na pewno nie zacznie od ogrodu - tym razem to ona pozwoliła sobie na szept, a same te słowa sprawiły, że adrenalina popłynęła jej żyłami. Nie robili tak naprawę nic, a ona już wiedziała, że łamie pewne zasady. Zawsze tak na nią działał. To jedno się nie zmieniło. Przy nim zapominała o tym, co powinna, a czego nie powinna, poddawała się jego pragnieniom i sama pozwalała sobie na własne. Powinna być na niego zła, a przynajmniej tak głosiły resztki jej starego jestestwa, dumne i pełne buty. Powinna wyrzucić mu, że na niego czekała, a on się nie zjawiał. Teraz jednak po prostu patrzyła na niego tak, jak patrzeć może na światło osoba, którą po latach wypuszczono z ciemności. Trochę przerażał ją ten widok, ale wiedziała, że to właśnie o nim marzyła tak długi czas.
- Może moglibyśmy na moment zniknąć? - potrzebowała chwili, by zrozumieć, że naprawdę wypowiedziała te słowa na głos, że pozwoliła sobie na nie. Były jednak jak jakaś siła, która zburzyła w niej pierwszy z murów, którymi musiała się otoczyć, mieszkając w Wielkiej Brytanii.
Łatwiej było znosić jej nowe realia życia, kiedy nie próbowała usilnie szukać połączenia z tymi starymi - tak właśnie sobie wmawiała, a mimo to, wbrew własnym zasadom, chciała zrobić wszystko, by go spotkać. Zamienić parę zdań, odnaleźć coś, co został pogrzebane. W głowie miała więc wiele oczekiwań, emocji, nadziei, ale w swojej postawie nie chciała ich jeszcze zdradzać. Gdyby ktoś zobaczył ją z tym wszystkim, co czuła, wypisanym na twarzy, na pewno uznałby to za godne zainteresowania. A ich spotkaniem nikt nie powinien się interesować.
Niełatwo było powtrzymać się od chłonięcia wzrokiem każdego milimetra jego sylwetki, mogła się spodziewać, że właśnie tak będzie. Wydawał jej się teraz nawet mroczniejszy, niż w czasach szkolnych, ale jego chłodne w barwie oczy zawsze działały na nią uspakajająco. To przynajmniej nie zmieniło się z biegiem czasu. Być może nawet ten fakt sprawił, że opuściła gardę na tyle, by nie zapanować nad grymasem, który przyozdobił jej twarz na ułamek sekundy, w chwili, w której nazwał ją nazwiskiem męża.
- Być może... ostatnio męczą mnie jedynie koszmary - mruknęła w odpowiedzi, starając się zagłuszyć jakoś bicie serca, które teraz dudniło jej w uszach. Nim nawet zaplanowała jakiś ruch, Avery sięgnął po jej rękę, a ona mu jej nie wyrwała, nie planowała nawet, chociaż tak nieodpowiednie zachowanie powinno spotkać się z protestem z jej strony. Za bardzo jednak chciała, aby ją trzymał, jakkolwiek, byleby nie puszczał. Tak dawno nie dotykał jej nikt, kogo dotyku by sobie życzyła. Jej skóra nie przywykła do dreszczy innych, niż te z obrzydzenia, więc teraz przeżywała ten niewielki kontakt fizyczny nawet dotkliwiej, niż wypadało.
- Mój mąż żywo dyskutuje o interesach z panem Malfoyem. Minie nieco czasu, nim będzie mnie szukał i na pewno nie zacznie od ogrodu - tym razem to ona pozwoliła sobie na szept, a same te słowa sprawiły, że adrenalina popłynęła jej żyłami. Nie robili tak naprawę nic, a ona już wiedziała, że łamie pewne zasady. Zawsze tak na nią działał. To jedno się nie zmieniło. Przy nim zapominała o tym, co powinna, a czego nie powinna, poddawała się jego pragnieniom i sama pozwalała sobie na własne. Powinna być na niego zła, a przynajmniej tak głosiły resztki jej starego jestestwa, dumne i pełne buty. Powinna wyrzucić mu, że na niego czekała, a on się nie zjawiał. Teraz jednak po prostu patrzyła na niego tak, jak patrzeć może na światło osoba, którą po latach wypuszczono z ciemności. Trochę przerażał ją ten widok, ale wiedziała, że to właśnie o nim marzyła tak długi czas.
- Może moglibyśmy na moment zniknąć? - potrzebowała chwili, by zrozumieć, że naprawdę wypowiedziała te słowa na głos, że pozwoliła sobie na nie. Były jednak jak jakaś siła, która zburzyła w niej pierwszy z murów, którymi musiała się otoczyć, mieszkając w Wielkiej Brytanii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz