środa, 15 marca 2023

Avery / siedem

    Faktycznie, gdyby Avery zdecydował się teraz stanąć przy rogu zimowego ogrodu, przy masywnej, kamiennej futrynie i odwrócić przez ramię, zobaczyłby, jak Śmierciożercy wymieniali pozorne uprzejmości, ukrywając się za czarnymi, skórzanymi maskami, które idealnie przylegały do ich twarzy. Może zauważyłby nawet groźnie ściągnięte rysy twarzy i niebezpieczne uśmieszki na ich twarzach. Ale nie chciał się odwracać, bo nie chciał ani na moment odwracać wzroku z twarzy, którą miał przed sobą.

    Ostatnie lata zmieniły ich wszystkich.

    Zaostrzająca się sytuacja w świecie czarodziejów i widoczne widmo wojny bliżej niż na horyzoncie - tuż nad ich głowami - miała zmienić ich wszystkich. Były, są i będą ofiary śmiertelne w imię idei grupy ludzi takich jak on, Avery Evans. Ludzi, którzy mieli określoną wizję świata i zamierzali poświęcić swoje życie w imię tej sprawy.

    Ale spojrzenie jasno niebieskich tęczówek utkwione było w twarzy Lilianne, śledziło każdy najmniejszy grymas, zapamiętywało każdy detal, pochłaniało wszystko zachłannie, jakby ich czas był policzony. Bo w całej szczerości taki właśnie był. Ta ukradziona losowi chwila nie miała trwać wiecznie. A Avery wiedział, że igranie z ogniem w ich sytuacji mogło mieć śmiertelnie niebezpieczne skutki. I nawet wiedząc to wszystko, mężczyzna i tak trzymał blondynkę za nadgarstek, kradnąc tych kilka chwil dla własnej przyjemności. Narażał ich obojga, ale egoistycznie wcale go to nie interesowało.

    Może wmawiał sobie, że w razie czego uda mu się ją ochronić.

    Jego spojrzenie powędrowało niżej, z twarzy i włosów okalających jej ramiona na odsłonięte partie obojczyków, materiał sukienki, figurę ukrytą pod tym materiałem. Słowa Anny zadziałały na niego jak płachta na byka. Nie potrzebował więcej zachęty.

    — Moglibyśmy — odpowiedział bez zastanowienia podnosząc znowu wzrok na jej oczy, ale po chwili pełnej napięcia ciszy, również zniżając głos niemal do szeptu. Obawiał się, że jeśli będzie mówił zbyt szybko, to jego głos zdradzi emocje, które buzowały w żyłach pod jego skórą. Przyszedł tutaj, żeby się z nią spotkać i byłby głupcem, gdyby się nie umiał do tego przed samym sobą przyznać.

    Podniósł drugą dłoń i umieścił ją na wolnym nadgarstku kobiety, po czym przesunął powoli swoje chłodne ręce w górę, wzdłuż jej ramion, aż zatrzymał się na ich załamaniu. Jednym ruchem odwrócił ją na pięcie i skierował w głąb zimowego ogrodu, idąc obok niej, a czarna szata furkotała w powietrzu razem z długim tiulem jej sukni. W szklanej ścianie tworzącej ogród, która załamywała się w połowie swojej długości w dach i opierała o kamienną fasadę willi, w ciemnym kącie pomieszczenia znajdowały się drzwi prowadzące na zewnątrz. Avery przeszedł przodem, włożył dużo siły i naparł na nie, aż w końcu puściły pod naciskiem jego ciała. Pochylił się, wychodząc przez niskie przejście i zatrzymał się na zewnątrz, w tylnym ogrodzie. Od razu przejął go chłodny powiew wiatru. Wewnątrz willi było ciepło, otaczała ich przytulna atmosfera bogatego domu. Na zewnątrz jednak klimat był zupełnie inny. Wiał ostry, przeszywający wiatr, który niósł ze sobą zimę. Avery odwrócił się, żeby zobaczyć jak Lilianne wychodzi za nim.

    Nie dał jej nawet chwili na zadanie pytania - jeśli w ogóle zamierzała pytać. Mocno złapał ją za ramię i zwinnym gestem wyciągnął różdżkę.

    Zamienili się w pędzącą z nieludzką prędkością kolumnę czarnego dymu, omen zniszczenia i śmierci. Krótko szybowali na wysokości wystarczającej, żeby noc ukryła ich przed niepożądanym spojrzeniem. Kiedy ponownie poczuli grunt pod nogami, znajdowali się już w odnodze ruchliwej ulicy Londynu, pomiędzy ciasno wybudowanymi budynkami zamykającymi się nad ich głowami i ukrywającymi niebo rozświetlone pomarańczową łuną.

    — Tutaj na pewno nikt nas nie będzie niepokoił, Pani… — Avery odwrócił się i spojrzał koso na blondynkę. — Jak powinienem właściwie Panią nazywać? — zapytał, powoli cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.

    Noc była chłodna, nawet w ruchliwym mieście, dlatego ściągnął swój płaszcz z ramion i nonszalanckim gestem zarzucił go na wąskie ramiona Lilianne, zostając przy tym blisko niej na odrobinę zbyt długo, żeby można to było uznać za przypadek.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz